Listopad 22, 2010 - Napisane w Sport

Amerykańska NBA do polskiej Tauron Basket Ligi ma się jak krowa do Krówki. Niby chodzi o to samo, niby po boisku chodzi taka sama liczba zawodników, niby kosz zawieszony jest na tej samej wysokości. A jednak wszystko jest gruntownie inne. Najbrutalniej wielki dystans dzielący naszą ligę od tych zza oceanu uzmysłowiły coroczne spotkania gwiazd obu zawodowych lig (tak tak, polska liga jest ligą zawodową…). Ich rozmach i organizacyjny ład.

NBA All Star 2010 odbył się w Dallas. Właściciel miejscowej drużyny Mavericks, obrzydliwie bogaty Mark Cuban znany nie tylko z występu w amerykańskiej wersji Tańca z Gwiazdami ale także (a może przede wszystkim) z zapierającej dech w piersiach hojności oraz łatwości wydawania sum z sześcioma zerami. Gdy Cuban w końcu wywalczył dla „swojego” miasta możliwość organizacji Meczu Gwiazd NBA od razu zaanonsował, że takiej imprezy świat jeszcze nie wiedział (a przynajmniej ten koszykarski). Jak zapowiedział, tak postąpił. Na widowni stadionu Dallas Cowboys było 108 tysięcy osób, którzy mieli okazję podziwiać popisy najlepszych zawodników NBA. I nie ma tu znaczenia, że zdecydowana większość swe oczy kierowała na usytuowany pod kopułą areny telebim. Oczywiście w rozmiarze XXL. Bo Amerykanie wszystko chcą mieć największe, najlepsze, najokazalsze – simply the best.

Nieco inaczej w u nas. Prezesostwo PLK święto basketu postanowiły w tym roku nadać miejscu, które drużyny pierwszoligowej… w ogóle nie ma. Do hali Globus w Lublinie dostać się mogło 4 tysiące kibiców, ekranu zabrakło, prowadzący niedomagał. I znowu, takie same jak za oceanem były tylko kosze, boisko, liczba zawodników będących po boisku…

Koncert indolencji dali organizatorzy. Co prawda spektakl  z Wrocławia oraz Trójmiasta a także gościnny popis podniebnej ekipy tanecznej „Ocelot” były imponujące, lecz kilku minutowa cisza zaraz po nich już mniej. Przez transmisję telewizyjną mecz musiał się nieco opóźnić, na co absolutnie nikt nie był przygotowany. Wtedy właśnie prowadzący niesprawnie próbował rozweselić kibiców swoimi okrzykami a także zachęcać ich do meksykańskiej fali. Rzeczywiście, było z czego się weselić…